DIY

Ostatnio lubię, kompletnie niemodne w tym sezonie, stylówki a’la urbanninja, mad max itp. Czyli dość monochromatycznie, ale za to z dużą teksturą.

Niestety nie łatwo kupić coś fajnego w tej stylistyce. Oczywiście dysponując wywrotką złota można ubierać się w DEMOBAZA (uwielbiam ich). Tylko że…. Pomijając już ceny, to jednak na wyjście do pracy w neoprenowym kombinezonie z maską i płaszczem rodem z anime nie wielu z nas sobie pozwoli.

Z tego powodu proponuje stylówkęmniej „In Yourface”, niemniej mocno w tym stylu. Jak zwykle jest to mieszanka rzeczy, które które są teraz dość IN (jak na przykład buty – Adidas Tubular Doom White ), z rzeczami zupełnie niemodnymi które poprzez kontekst zyskują nową jakość.

Tytuł DIY nie wiązł się z powietrza. Spodnie które mam na sobie to najzwyklejsze czarne bojówki ze sklepu militarnego. Zaraz pod kolanami doszyłem czarne tasiemki, którymi można obwiązać łydkę. Daje to (co tu dużo gadać) dość zajebisty efekt, a krój spodni zmienia się nie do poznania.

Pomysł, wykonanie i pierwsza przymiarka – w sumie 15 minut.

Stąd na koniec morał. Bo jak wiadomo, co to za post bez morału, motywacji, dobrej rady, albo małego livehacka. Czasem wręcz minimalnym kosztem możemy zmienić stary ciuch na coś co nawet nieźle wygląda, wystarczy spróbować.

Go for it !

A na fotkach między innymi:
Ortalionowa parkaKIOMI
Bluza UnemplyedHM
OkularyPolariod
Fotki by @ Tomasz Młynarski
Continue Reading

helo it’s me, the devil

Pamiętacie Cow and Chicken? To apropos tytułu. Fantastyczna kreskówka. Ale dziś nie o tym.

Stylówka jak zawsze -​ niemająca wiele wspólnego z obowiązującymi trendami. Nie lubię trendów. Bardzo cierpię kiedy coś mi się podoba, a akurat jest na to moda. A tak w ogóle, dziś będzie głównie o spodniach.

Powyższy look to bluza z kapturem od Naketano. Fantastyczny jakościowo welur, który mieni się w słońcu, a mięciutki tak, że aż zgroza. Do tego buty Adidas Shadow Knit. Model ten występuje w milionie kolorów i materiałów. Osobiście posiadam 2 pary i bardzo je lubię. O kapeluszach już raz pisałem więc się powtarzał nie będę. Na koniec zostawiłem spodnie. Nie bez powodu.

Spodnie są z cyklu tych co „robią” cały look. A takich zawsze jest jak na lekarstwo, przynajmniej tych męskich. W tzw. „zwykłych sklepach” znajdziemy jeansy, joggery, chinosy i w zasadzie tyle. Jeśli ktoś jest bardziej zaangażowany w swój wygląd może sięgać albo bezpośrednio do kolekcji ulubionych projektantów, albo na strony typu Pakamera. Żeby nie było wątpliwości, jestem absolutnie ZA wspieraniem młodych polskich projektantów, ale nie każdego stać żeby co chwila kupować spodnie za 400 – 1000 pln (a o gaciach od Gucci za 2k, to już nie wspominam).

Kiedyś z nudów przemierzając bezkres Aliexpressu, przypadkiem napatoczyłem się na ciuchy które nie kosztują 2$, tylko 50$. A to niespodzianka. Zacząłem przeglądać spodnie i nagle dotarłem do przestrzeni Aliexpressu która była mi dotąd nieznana. Super kroje, dobre jakościowo materiały, cena relatywnie przystępna (choć nie groteskowo niska). Ryzyk, fizyk, matematyk, zamówiłem 1 parę. No i okazuje się, że jest dobrze. Faktycznie materiał bardzo porządny, a krój fajny i niespotykany. Potem kupiłem jeszcze 3 pary i wszystkie kozackie.

Bynajmniej nie reklamuję Aliexpressu. Mówię tylko, że można tam znaleźć coś, co nie jest kompletnym badziewiem za dolara. Kwestie rozmiarów przeważnie załatwiają dość szczegółowe tabele rozmiarów. Wystarczy zmierzyć spodnie które już się ma i dobrać na tej podstawie rozmiar w aukcji.

Na koniec dodam, że bardzo chciałbym kupować same customy od: znajomych, młodych, lokalnych, mało znanych projektantów, ale niestety apetyt na nowe ciuchy mam większy niż budżet na nie przeznaczony. Trzeba przecież jeszcze za coś jeździć na nartach, pływać na kite i windsurfingu, kupować buty. Aha… no i jeszcze żyć…

 

 

Continue Reading

Brzydkie buciki

 

 

Temat jest mi, jako entuzjaście sneakersów, dość bliski. Gdy wyszły słynne Triple S, miałem mieszane uczucia. Generalnie jestem fanem butów (jak i innych rozwiązań) ponadczasowych. Oczywiście czasem sięgam do nowości, ale zawsze staram się patrzeć na daną rzecz w szerszym kontekście. Z resztą pisałem o tym już na blogu. Na pewno nie spodziewałem się że Balenciaga tak ostro namiesza tymi pokracznymi butami. Za Balenciagą poszły inne firmy (nawet Zara zerżnęła podobny fason) i trend rozhulał się w najlepsze.

Co sądzicie o trendzie na brzydkie sneakersy???

W tym temacie polecam artykuł poniżej :

http://www.dazeddigital.com/fashion/article/39602/1/best-ugly-sneakers-2018-ranked-vetements-balenciaga-louis-vuitton-demna-gvasalia

Continue Reading

Maska

Co tu dużo gadać. Wszem i wobec wiadomo – mamy już taki syf w powietrzu, że (jak to żarcik mówi) jak otwierasz okno w Krakowie to wietrzysz Kraków, a nie pokój.

Trochę sprawę olewałem do momentu, aż nie włożyłem maski, którą kiedyś w jakimś gratisie dostałem. Po 15 min ją zdjąłem i wystarczyło. Na co dzień nos przyzwyczaja się do smogu, ale jak pochodzimy chwilkę w masce i ją zdejmiemy, to smród który wali w nos, pozbawia złudzeń. Spróbujcie, zgroza.

Nie ma wyjścia, trzeba zacząć chodzić w masce przeciwsmogowej. Zanim się spostrzegłem, miałem ich już kilka. Dlatego, idąc z (dusznym) duchem czasu, od dziś postaram wkręcać do looków, ten wdzięczny dodatek, jakim stała się maseczka antysmogowa.

Dla tych którzy chcą się w takową maskę zaopatrzyć – mikro wprowadzenie do tematu.

Jak biegasz, jeździsz, skaczesz, albo po prostu lubisz swobodnie i głęboko podyszeć, warto kupić maskę sportową. Taka niestety kosztuje koło 150 – 300. Np. Respro. Mają wymienne filtry, które trzeba zmieniać co miesiąc, dwa.

Jak potrzebujesz dotrzeć do pracy, czy coś w ten deseń, możesz śmiało używać maski „jednorazowej”. Można w takiej śmigać ze dwa miesiące, kosztuje w granicach 10 – 20 pln i występuje w rozmaitych kolorach i krojach. Coraz więcej firm street ciuchowych zaczyna je wprowadzać jako „fashion item”.

Tak więc od dziś, nie tylko zegareczki, paseczki, poszetki… Do grona dodatków wchodzą maski antysmogowe. Trochę słabo, wiem, no ale co zrobić.

(A tak swoją drogą to look fajny, nie?)

 

Continue Reading

50 Shades of Grey

Wracamy do mody.

Wymyśliłem sobie, dość spontanicznie taki look. Z resztą zawsze ubieram się spontanicznie, nigdy nie planując dzień, czy nawet 2 godziny przed wyjściem, co wrzucę na siebie.

Szaro, bo zima się zbliża, a zima mi się kojarzy raczej jednak z szarością niż z bielą. Bo solą, bo smog, bo smutnawo i dzień jakiś krótki. Żeby jednak nie było aż tak dołująco, nostalgie szarości postanowiłem rozbić uroczym kominem z niebieskimi wstawkami.

W skład ubranka wchodzą między innymi od góry:

Komin – facebook – cholernie fajny ręcznie robiony, super wykonany, milusi i wielki, że się utopić można
Marynarka – HM
Bluza – HM (marynarka, jak i bluza stare jak świat i kupione jeszcze, kiedy zdarzało mi się zaglądnąć HM)
Koszulka – Asos
Trampki – Pull&Bear (też już lata tam nie byłem)
Spodnie – nołnejmy

I teraz ciekawa historia.
Przyznaje, mam części garderoby za które zapłaciłem kupę kasy. Serio, aż mnie mrozi jak sobie pomyślę. Nie tym razem.  Okazuje się, że można się ubrać całkiem interesująco, nie topiąc przy tym milionów węglozłotówek (skoro amerykanie mają petrodolary).

Po opublikowaniu tych zdjęć „zalała” mnie spora, jak na moją skromną osobę, liczba pytań dotyczących spodni. I to jest słodka wisienka na torcie mojej tezy. Spodnie o które wszyscy pytali, kupiłem wstępując do przypadkowo napotkanego „Chińskiego Marketu”. Nie mierząc ich nawet, wrzuciłem do kosza i zapłaciłem pewnie nie więcej niż 30 pln.

Morały z tego wszystkiego wypływają następujące. Po pierwsze, znaczna część ciuchów z tej stylizacji ma swoje lata. Dla tego pamiętajcie, podczas zakupów wykazać się trzeba przenikliwością i wyobraźnią na tyle dużą, żeby kupować rzeczy fajne ponadczasowo, a nie „trendi – srendi” w tym miesiącu.

Po drugie, czasem warto się rozejrzeć w sieci, bo sporo ludzi robi fajne rzeczy i można trafić unikatowe ciuchy, czy dodatki, często mając wpływ na kolory czy tkaniny. Handmejdowy custom jest sto razy bardziej osobisty i unikatowy niż szaliczek z ZARY. W powyższym przypadku rozchodzi mi się o komin, który praktycznie robi ten look. A najlepsze jest to że nie zobaczę na ulicy drugiego takiego samego.

Ostatni morał jest taki, że czasem i portki za 3 dychy trafią się kozackie, trzeba mieć tylko oczy otwarte i trochę wyczucia. (Bez wyczucia to i z Benetona wyjdziemy niczym cieć na wesele).

Po prostu, głównym kryterium zakupów musi być „czy ładne”, a nie „czy drogie z fajnym logo”.

Uszanowanie!

Continue Reading

Zacznij latać

Zimno już trochę, ale może właśnie dlatego to dobry temat na teraz. Akurat przez zimę się przetrawi.

Jak być może zauważyliście na moim instagramie, wpadłem w tym sezonie w nową zajawkę. Chodzi oczywiście o pływanie na desce za latawcem, czyli kitesurfing.

Przez kilka lat miałem tak jak zapewne wielu / wiele z Was. Widziałem nad morzem śmigających kiterów i myślałem: „demn, ależ to musi być zajebiste uczucie!”. Ale zawsze było wiele „ale”.

Ale pewnie trudne, ale pewnie kurs drogi, ale trzeba by sprzęt za kupę hajsu kupić, ale trzeba by nad morze jeździć, a przecież mam daleko, ale może kiedyś spróbuje….

W tym roku, wszystkie „Ale” przelały czarę Alów i postanowiłem ruszyć mentalne dupsko i wybadać temat.  W zasadzie nie było trzeba wiele się wysilać, a okazało się, że kolejne „ale” szybko odpadają z listy. Bo tak:

Odkryłem, że 140 km od Krakowa, na zalewie Klimkówka, jest szkoła Windsurfingu i Kitesurfingu. „Ale” że daleko, bo nad morze trzeba – odpadło. Wizyta na stronie, krótka gadka przez telefon i kolejne „ale” poszły z listy, bo okazuje się, że cena kursu jest nawet do przejścia (3 razy taniej niż nad morzem), a sprzęt wliczony w koszt szkolenia.

Zostało tylko „ale” – czy aby nie za trudne. Okazuje się, że wcale. Co więcej, to nawet cholernie proste, w stosunku do wrażenia jakie robi „z zewnątrz”. Najlepsze jest to, że nie wymaga w ogóle siły (w przeciwieństwie do windsurfingu, który mimo iż wygląda na mniej spektakularny, jest o niebo trudniejszy), dlatego to doskonały sport dla kobiet, oraz tych mniej atletycznych panów. Latawiec przypięty jest do trapezu (dla niezorientowanych, to taka uprząż na biodrach), a sterujemy nim delikatnymi ruchami barem (ten poziomy kijaszek umocowany do latawca).

Najfajniejsze jest to, że każda godzina kursu to frajda. Nie ma przestojów, które zdarzają się w wypadku np. już wspomnianego windsurfingu, gdzie trzeba się sporo nakatować, żeby zacząć mieć poważną frajdę z pływania. W wypadku kitesurfingu od początku jest fun.

Na początku uczymy się machać małym latawcem treningowym na brzegu. Kupa zabawy. Potem kilka słów o tym, jak co działa i tzw. body dragi. Owe dragi to taki manewr, że wchodzimy do wody już z podpiętym latawcem, ale jeszcze bez deski i „wleczemy się” – jak sama nazwa wskazuje, po wodzie za latawcem. Jeszcze większa kupa zabawy, serio. Zaraz potem, czyli około 6-7 h szkolenia, zaczyna się pływanie na desce. No i już – pływamy na kitesurfingu.

Szkółka o której mówię to Sportsoul. Nie jest to tekst sponsorowany, bynajmniej. Po pierwsze to jedyna chyba szkółka w tej części polski, więc oszczędzę wam tych 15sec z googlami. Po drugie jestem po prostu zadowolonym klientem. Ekipa 1 klasa, podejście do kursanta indywidualne i bardzo fair. Wszyscy wyluzowani, ale z drugiej strony bardzo profesjonalni. No i co najważniejsze – dobrzy instruktorzy. Generalnie polecam w 100%.

Także jak kiedykolwiek myśleliście sobie „Kurde, ale to zajebiście wygląda, kiedyś bym spróbowała/spróbował, „ale””, to nie ma co. Te wszystkie „ale” to ściema, więc jak znowu zacznie być ciepło, ruszcie zadki i spróbujcie. Gwarantuje Wam, że takiej dawki adrenaliny i endorfin nigdzie nie znajdziecie.

 

Continue Reading

kapelusze

Z kapeluszami to trzeba bardzo ostrożnie. Z olbrzymią łatwością można skończyć wpisaniem się w jeden z groteskowych kapeluszowych looków, które od czasu do czasu widać na ulicach.

Na przykład: student politechniki drugiego roku. Niezadbana broda, często długie włosy związane w kitkę, płaszcz, czarne martensy oraz zakupiony w HM-ie Trilby (nazywany przez dumnego właściciela Fedorą).

Lub też: student prawa, 1-3 rok. Zarost – ogolony na gładko, płaszcz, aktówka, „cześć, studiuję prawo”, głowa zwieńczona Fedorą (tym razem faktycznie fedorą i to trochę droższą niż kapelusz poprzednika, bo z Zary).

Albo: sąsiad z klatki nr 3 w klasycznym żółwiku (wykonanym ze skrawków skóry ze sklepu w pawilonie handlowym RENATA). Choć ten look ma swój słowiański urok, więc nie psioczę.

Ale to akurat oczywiste oczywistości. Można nie wpaść na te miny przy choćby odrobinie wyczucia. Bardziej subtelnych niuansów noszenia kapelusza jest przecież cała masa. Choćby to, że kapelusz bardzo wielu mężczyznom po prostu nie pasuje. Do twarzy, fryzury, stylu ubioru, motoryki ruchu. Nawet jak szykujemy stylówkę-pewniaka, czyli garnitur, kamizelka, klasyczne dodatki, to łatwo skończyć jak Pimp lub śmieszna podróba Ala Capone.

Sam od dawna miałem ochotę na kapelusz, ale zawsze, gdy mierzyłem jakiś, wyglądałem jak pajac. Zatem kiedy w końcu znalazłem taki, po którego przymiarce nie zarżałem do lustra, postanowiłem go od razu kupić.

Podsumowując, jeśli chcecie sobie sprawić kapelusz to krzyż na drogę.

Tym optymistycznym akcentem kończę ten strasznie niemerytoryczny wpis o kapeluszach.

No dobra, może jednak garść konkretów, żeby nie było…

Przy doborze kapelusza trzeba być świadomym kilku podstawowych zasad. Wszystkie w gruncie rzeczy opierają się na zależności między geometrią twarzy i kapelusza.

Jeśli mamy twarz długą i pociągłą, stronimy od wysokiej i stożkowatej główki kapelusza, bo taka wydłuży jeszcze naszą twarz. Przy twarzy okrągłej nie są wskazane kapelusze z szeroką i niską główką. To wszystko działa na podobnej zasadzie co dobór fryzury. Dążymy do zarysu owalnego.

Podobnie z całością sylwetki. Jeśli jesteś niski, to rondo raczej mniejsze, jesteś wyższy – rondo większe. Główną jednak, moim zdaniem, sprawą przy doborze kapelusza jest zasada: Zakładasz kapelusz i czujesz się jak podgrzybek? Nie jest to model dla Ciebie.

Ja tym razem wkomponowałem kapelusz w absolutnie niestandardowy, jak na tego typu nakrycie głowy, strój. A jego składowe to:

………………………

Pasek od Pat Guzik (projektantki rodem z Krakowa, która ostatnio bardzo fajnie się rozkręciła i mam nadzieje, że pójdzie w trochę bardziej w męskie rzeczy, bo póki co robi głównie dziewczyńskie), uwielbiam ten pasek.

Buty – Adidas Shadow Knit, które urzekły mnie materiałem. Slavic Batman by chodził.

Okulary – Ray Ban Erica Classic, klasyczne z ciemnozielonymi szkłami.

Long sleeve – Millions (ciuch made in Italy, kupiony w moim ulubionym TKmaxie), rękawy po kolana, uwielbiam.

Spodnie – klasyczne wojskowe bojówki z militarnego.

Skarpetki – Amen!

Amen!

 

Continue Reading

Jak nie być pierdołą na rolkach

Tak jak obiecałem, oto kilka słów o tym, jak na rolkach jeździć tak, żeby nie wyglądać jak tytułowa pierdoła.

Na wstępie mówię, że nie jestem instruktorem. Uczyłem jeździć, wiele lat temu, kiedy tylko rolki dopiero co pojawiły się w Polsce. Podejście wówczas mieliśmy inne i nikt nie zastanawiał się jak jeździć, zakręcać, czy hamować, a bardziej jak zeskoczyć z dziesięciu schodów z długo przytrzymanym grabem, czy też zjechać tyłem z trzydziestu. Teraz, zdaje się, tego typu podejście określanym jest mianem YOLO 😉

Do napisania tych kilku zdań pchnął mnie fakt, iż jak tak sobie jeżdżę (już teraz zupełnie rekreacyjnie) kontemplując sprawy najwyższej wagi, spotykam coraz to więcej początkująco – kaleczących jeźdźców, którym potrzeba dość niewiele, aby zacząć jeździć poziom lepiej.

Jak jesteś początkującym rolkarzem czytaj śmiało, jeśli już jeździsz dobrze – przejdź do ostatniej części tekstu.

Główna sprawa, zupełnie fundamentalna i najważniejsza. Początek do wszystkiego co potem, zaprawdę powiadam Wam :). Spróbujcie podczas jazdy, po odbiciu jechać jak najdłużej na jednej nodze. Na początku znacznie przerysowując. Odbicie i  kilka sekund jazdy na jednej nodze, odbicie i jazda na drugiej nodze. Simple as that

Niby sprawa trywialna, ale wyrobicie sobie wyczucie równowagi i przestaniecie się gibać na boki jak wańka wstańka. Jest to absolutnie kluczowy element w jeździe na rolkach. Jeśli to opanujecie, od razu jesteście level wyżej. Będziecie mogli odpychać się rzadziej, jeździć szybciej i bardziej ergonomicznie, no i zdecydowanie dostojniej. Ćwiczcie to do momentu, aż bez większego problemu będziecie potrafili przejechać na jednej nodze co najmniej powiedzmy 5 sekund.

Warto, w miarę postępów, coraz to próbować nowych posunięć. Jazdy tyłem, przeplatanek, skakania przez małe kanały, wskakiwania na krawężniki, podnoszenia czegoś z ziemi, przyklęknięcia na jedno kolano, jazdy na przednim i tylnym kółku itd. Wszystko to powoduje że bardziej „czujemy” rolki,  jeździmy pewniej, bezpieczniej i z większą gracją.

Im więcej na każdej przejażdżce robicie różnych niestandardowych rzeczy, tym szybciej i intensywniej oswajacie się z rolkami i z całą sytuacją. Jeśli za każdym razem po prostu jedziecie do przodu w ten sam sposób, to po roku nie wiele się zmieni. Nie zapomnijcie też że trzeba się pochylić. Może bez przesadny na początku, ale jednak pochylona sylwetka być musi.

Teraz coś dla tych bardziej zaawansowanych.

Jeśli już w miarę ogarniasz temat, jeździsz przodem, tyłem, czujesz się pewnie, potrafisz wskoczyć na wysoki krawężnik jak gdyby nigdy nic, chciałbyś czegoś więcej, a nie do końca Ci po drodze ze slalomem, czy freestylem….  Poczytaj technice „double push”.

Polecam sobie wyYoutubować, bo to dość zawiła kwestia. Generalnie to technika jazdy stosowana przez speedowców. Polega w skrócie na tym, iż podczas jednego „cyklu” odpychamy się nie raz, a jak sama nazwa wskazuje – dwa razy. Raz klasycznie, a drugi raz z zewnętrznej części rolki.

Bardzo polecam, bo jak już załapiecie, to kupa z tego radochy. Poza tym, opanowując tą technikę możecie jeździć jeszcze szybciej! Jest kilka prostych ćwiczeń, które pomagają się tego nauczyć, ale to już może, na prośbę indywidualną, bo inaczej wpis będzie koszmarnie długi.

Kończąc.

Bardzo nie wiele trzeba żeby na rolkach poczuć się pewniej. Klika prostych zabaw i w miesiąc będziecie śmigać jak ta lala.

Jeśli macie jakieś pytanie, to piszcie śmiało w komentarzach. Jeśli będę potrafił, na pewno odpowiem.

 

Continue Reading

gra o tron

W sumie nie oglądam Gry o Tron, ale chyba mógłbym wystąpić w jakimś odcinku. Szybkie wejście boczną fabułą, trochę perwersyjnego sexu i na koniec jakaś koszmarna śmierć. Epizodzik taki, czy coś 😉

Fotki spod magicznego palca Mimolka

Continue Reading

Live fast, Die last

Tak, wiem. To kolejny wpis o rolkach. Nic nie poradzę, wkręciłem się. Ale żeby nie było –  nie jestem żadnym fit freakiem. Ba, jestem leserem w tej materii – do tego stopnia, że muszę oszukiwać samego siebie. Jednym słowem, coś musi być przede wszystkim zajawkowe a dopiero potem pożyteczne. Jeśli jest tylko pożyteczne, zapału starczy mi na tydzień.

Rolki to był strzał w 10. Jeżdżę dla frajdy, a cały aspekt fittnesowy jest gdzieś tam w tle, przy okazji. Polecam tę metodę wszystkim leserom, którzy narzekają, że nic nie robią, ale nie chce im się iść na siłownię. Znajdźcie sobie coś, co Was kręci, a cały prozdrowotny szajs będzie się dział, nawet nie wiecie kiedy (taki lajfhak).

Rolki dla mnie w tej materii idealnie się sprawdziły i myślę, że dla wielu też się sprawdzą. Przede wszystkim jest akcja, coś się dzieje, dochodzi troszkę adrenaliny. Ale żeby był ten cały fun, to trzeba mieć takie rolki, które będą dobre do tego, co by się chciało na nich robić. Dobrze jest też kupić takie, które nie odstraszą Was od jazdy po pierwszym wypadzie.

Nie będę się rozwodził nad doborem, bo od tego są spece w sklepach. Ja swoje łyknąłem od chłopaków z bladeville.com i Wam też polecam, bo goście się znają na rzeczy. Nie będę więc wchodził w kompetencje fachurom. Napiszę tylko to, co warto wiedzieć, zanim zjawicie się w sklepie.

Co Cię kręci.

Zastanów się, co Cię kręci. Jak jazda szybka, to rolki będą miały duże twarde kółka. Jak slalom (czyli takie śmieszne zakrętasy między kubkami rozstawionymi na asfalcie, co to się śmiga na jednym kółku i kręci zadkiem), to kółka średnie (około 80mm) i raczej twardy but. Jak lajtowa jazda fitness w parku raz na jakiś czas, to but miękki a kółka średniej wielkości i też raczej miękkie. Jak skoki, triki i takie tam, to rolki jeszcze zupełnie inne, masywne a kółka malutkie i twarde.

Piszę to dla tego, że warto zastanowić się wcześniej, na co się ma ochotę. Zanim sprzedawca zaatakuje nas gradem pytań, lepiej jest mieć ogólny koncept zarysowany. Ostatnia rada w tym temacie jest taka, żeby lepiej jednak odżałować te kilka stówek więcej i kupić coś firmowego, niż wydać 300 tylko po to żeby się skutecznie do tematu zniechęcić.

Ja wybrałem specyficzne rolki, bo na największych możliwych kołach 125mm, ale za to tylko 3. To taki mix, co pozwala jeździć cholernie szybko i w miarę wygodnie (klasyczne rolki do szybkiej jazdy z 4 kołami wyglądają jak narty i mają bardzo niski bucik). Do tego but jest wysoki i twardy, więc mamy dużą kontrolę podczas miejskich harców. Można mijać ludzi, szybko zakręcać lub się nagle się zatrzymać. Polecam wszystkim, ale może jako drugie rolki. Zaczynać od zera bym na nich nie radził, chyba że ktoś naprawdę lubi adrenalinę.

Bezpieczeństwo, bezpieczeństwo.

Teraz kwestia ochraniaczy. Każdy instruktor powie Wam oczywiście, że trzeba mieć kask i wszystkie możliwe ochraniacze. No ale umówmy się, jazda w całym ekwipunku to po pierwsze minus 50 punktów do komfortu, a po drugie minus 100 do wyglądu. Osobiście uprawiam wersje pośrednią, czyli zakładam ochraniacze jedynie na nadgarstki. Takie jak na fotce obok wystarczą, nie muszą sięgać do łokcia.

Wpływ na komfort zupełnie żaden, wizerunku aż tak nie psują, natomiast, co tu dużo gadać, zawsze przy upadku lecimy na początku na ręce (lecimy na przysłowiowy pysk lub dupsko, ale przy odrobinie refleksu zdążamy wyciągnąć ręce). Oczywiście decyzja jest Wasza, więc proszę mnie potem nie ciągać po sądach. Moim zdaniem ochraniacze na nadgarstki to na pewno „must have”. Ja osobiście resztę nonszalancko olewam.

Gadżety rozmaite.

Ze względu na upały przeważnie jeżdżę nocą i tu przydaje się jeszcze jeden, mało oczywisty, gadżet. Okulary, które nie przyciemniają, ale jednak chronią oczy przed wszelkim dziadostwem jak np. owady. Przy popylaniu 40km/h mucha w oku generuje mocny hardcore. Osobiście niedawno kupiłem bryle Okleya i jestem bardzo zadowolony. Mają, oprócz dobrego looku, świetną aerodynamikę, co przekłada się na to, iż kiedy jedziemy szybko, wiatr nie zawija się w odmętach twarzy i nie wieje po oczach.

Takie tam.

Na koniec garść rad chaotycznych, ale związanych z tematem:

* Kupujcie rolki nie za duże. Mają być na styk.
* Im mniej się ma na gadżetów podczas jazdy, plecaków, toreb, nerek, tym lepiej i wygodniej. Ostatnio nabyłem gaciory UMBRO, które mają tylko mikro kieszonkę na klucz. Tyle wystarcza. Bez telefonu i Endomondo też da się jeździć!
* Każdy wypad na rolki to duży skok do przodu techniki i kondycji. Więc nie poddawać się, tylko bujać tak często, jak się da. Zobaczycie – progres jest bardzo odczuwalny.
*  Tylko do Panów: Jak rajtuzki, to błagam pod krótkie spodenki. Estetyki trzeba pilnować. Panie, leginsy dowolnie.

A na koniec już zupełny powiem, że na fotkach widać jak uczę się techniki „double push”, która ostatnio zaczęła mi już nieźle wychodzić. Wygooglujcie sobie 😉

Ciao :*

Continue Reading