Maska

Co tu dużo gadać. Wszem i wobec wiadomo – mamy już taki syf w powietrzu, że (jak to żarcik mówi) jak otwierasz okno w Krakowie to wietrzysz Kraków, a nie pokój.

Trochę sprawę olewałem do momentu, aż nie włożyłem maski, którą kiedyś w jakimś gratisie dostałem. Po 15 min ją zdjąłem i wystarczyło. Na co dzień nos przyzwyczaja się do smogu, ale jak pochodzimy chwilkę w masce i ją zdejmiemy, to smród który wali w nos, pozbawia złudzeń. Spróbujcie, zgroza.

Nie ma wyjścia, trzeba zacząć chodzić w masce przeciwsmogowej. Zanim się spostrzegłem, miałem ich już kilka. Dlatego, idąc z (dusznym) duchem czasu, od dziś postaram wkręcać do looków, ten wdzięczny dodatek, jakim stała się maseczka antysmogowa.

Dla tych którzy chcą się w takową maskę zaopatrzyć – mikro wprowadzenie do tematu.

Jak biegasz, jeździsz, skaczesz, albo po prostu lubisz swobodnie i głęboko podyszeć, warto kupić maskę sportową. Taka niestety kosztuje koło 150 – 300. Np. Respro. Mają wymienne filtry, które trzeba zmieniać co miesiąc, dwa.

Jak potrzebujesz dotrzeć do pracy, czy coś w ten deseń, możesz śmiało używać maski „jednorazowej”. Można w takiej śmigać ze dwa miesiące, kosztuje w granicach 10 – 20 pln i występuje w rozmaitych kolorach i krojach. Coraz więcej firm street ciuchowych zaczyna je wprowadzać jako „fashion item”.

Tak więc od dziś, nie tylko zegareczki, paseczki, poszetki… Do grona dodatków wchodzą maski antysmogowe. Trochę słabo, wiem, no ale co zrobić.

(A tak swoją drogą to look fajny, nie?)

 

Continue Reading

50 Shades of Grey

Wracamy do mody.

Wymyśliłem sobie, dość spontanicznie taki look. Z resztą zawsze ubieram się spontanicznie, nigdy nie planując dzień, czy nawet 2 godziny przed wyjściem, co wrzucę na siebie.

Szaro, bo zima się zbliża, a zima mi się kojarzy raczej jednak z szarością niż z bielą. Bo solą, bo smog, bo smutnawo i dzień jakiś krótki. Żeby jednak nie było aż tak dołująco, nostalgie szarości postanowiłem rozbić uroczym kominem z niebieskimi wstawkami.

W skład ubranka wchodzą między innymi od góry:

Komin – facebook – cholernie fajny ręcznie robiony, super wykonany, milusi i wielki, że się utopić można
Marynarka – HM
Bluza – HM (marynarka, jak i bluza stare jak świat i kupione jeszcze, kiedy zdarzało mi się zaglądnąć HM)
Koszulka – Asos
Trampki – Pull&Bear (też już lata tam nie byłem)
Spodnie – nołnejmy

I teraz ciekawa historia.
Przyznaje, mam części garderoby za które zapłaciłem kupę kasy. Serio, aż mnie mrozi jak sobie pomyślę. Nie tym razem.  Okazuje się, że można się ubrać całkiem interesująco, nie topiąc przy tym milionów węglozłotówek (skoro amerykanie mają petrodolary).

Po opublikowaniu tych zdjęć „zalała” mnie spora, jak na moją skromną osobę, liczba pytań dotyczących spodni. I to jest słodka wisienka na torcie mojej tezy. Spodnie o które wszyscy pytali, kupiłem wstępując do przypadkowo napotkanego „Chińskiego Marketu”. Nie mierząc ich nawet, wrzuciłem do kosza i zapłaciłem pewnie nie więcej niż 30 pln.

Morały z tego wszystkiego wypływają następujące. Po pierwsze, znaczna część ciuchów z tej stylizacji ma swoje lata. Dla tego pamiętajcie, podczas zakupów wykazać się trzeba przenikliwością i wyobraźnią na tyle dużą, żeby kupować rzeczy fajne ponadczasowo, a nie „trendi – srendi” w tym miesiącu.

Po drugie, czasem warto się rozejrzeć w sieci, bo sporo ludzi robi fajne rzeczy i można trafić unikatowe ciuchy, czy dodatki, często mając wpływ na kolory czy tkaniny. Handmejdowy custom jest sto razy bardziej osobisty i unikatowy niż szaliczek z ZARY. W powyższym przypadku rozchodzi mi się o komin, który praktycznie robi ten look. A najlepsze jest to że nie zobaczę na ulicy drugiego takiego samego.

Ostatni morał jest taki, że czasem i portki za 3 dychy trafią się kozackie, trzeba mieć tylko oczy otwarte i trochę wyczucia. (Bez wyczucia to i z Benetona wyjdziemy niczym cieć na wesele).

Po prostu, głównym kryterium zakupów musi być „czy ładne”, a nie „czy drogie z fajnym logo”.

Uszanowanie!

Continue Reading

Zacznij latać

Zimno już trochę, ale może właśnie dlatego to dobry temat na teraz. Akurat przez zimę się przetrawi.

Jak być może zauważyliście na moim instagramie, wpadłem w tym sezonie w nową zajawkę. Chodzi oczywiście o pływanie na desce za latawcem, czyli kitesurfing.

Przez kilka lat miałem tak jak zapewne wielu / wiele z Was. Widziałem nad morzem śmigających kiterów i myślałem: „demn, ależ to musi być zajebiste uczucie!”. Ale zawsze było wiele „ale”.

Ale pewnie trudne, ale pewnie kurs drogi, ale trzeba by sprzęt za kupę hajsu kupić, ale trzeba by nad morze jeździć, a przecież mam daleko, ale może kiedyś spróbuje….

W tym roku, wszystkie „Ale” przelały czarę Alów i postanowiłem ruszyć mentalne dupsko i wybadać temat.  W zasadzie nie było trzeba wiele się wysilać, a okazało się, że kolejne „ale” szybko odpadają z listy. Bo tak:

Odkryłem, że 140 km od Krakowa, na zalewie Klimkówka, jest szkoła Windsurfingu i Kitesurfingu. „Ale” że daleko, bo nad morze trzeba – odpadło. Wizyta na stronie, krótka gadka przez telefon i kolejne „ale” poszły z listy, bo okazuje się, że cena kursu jest nawet do przejścia (3 razy taniej niż nad morzem), a sprzęt wliczony w koszt szkolenia.

Zostało tylko „ale” – czy aby nie za trudne. Okazuje się, że wcale. Co więcej, to nawet cholernie proste, w stosunku do wrażenia jakie robi „z zewnątrz”. Najlepsze jest to, że nie wymaga w ogóle siły (w przeciwieństwie do windsurfingu, który mimo iż wygląda na mniej spektakularny, jest o niebo trudniejszy), dlatego to doskonały sport dla kobiet, oraz tych mniej atletycznych panów. Latawiec przypięty jest do trapezu (dla niezorientowanych, to taka uprząż na biodrach), a sterujemy nim delikatnymi ruchami barem (ten poziomy kijaszek umocowany do latawca).

Najfajniejsze jest to, że każda godzina kursu to frajda. Nie ma przestojów, które zdarzają się w wypadku np. już wspomnianego windsurfingu, gdzie trzeba się sporo nakatować, żeby zacząć mieć poważną frajdę z pływania. W wypadku kitesurfingu od początku jest fun.

Na początku uczymy się machać małym latawcem treningowym na brzegu. Kupa zabawy. Potem kilka słów o tym, jak co działa i tzw. body dragi. Owe dragi to taki manewr, że wchodzimy do wody już z podpiętym latawcem, ale jeszcze bez deski i „wleczemy się” – jak sama nazwa wskazuje, po wodzie za latawcem. Jeszcze większa kupa zabawy, serio. Zaraz potem, czyli około 6-7 h szkolenia, zaczyna się pływanie na desce. No i już – pływamy na kitesurfingu.

Szkółka o której mówię to Sportsoul. Nie jest to tekst sponsorowany, bynajmniej. Po pierwsze to jedyna chyba szkółka w tej części polski, więc oszczędzę wam tych 15sec z googlami. Po drugie jestem po prostu zadowolonym klientem. Ekipa 1 klasa, podejście do kursanta indywidualne i bardzo fair. Wszyscy wyluzowani, ale z drugiej strony bardzo profesjonalni. No i co najważniejsze – dobrzy instruktorzy. Generalnie polecam w 100%.

Także jak kiedykolwiek myśleliście sobie „Kurde, ale to zajebiście wygląda, kiedyś bym spróbowała/spróbował, „ale””, to nie ma co. Te wszystkie „ale” to ściema, więc jak znowu zacznie być ciepło, ruszcie zadki i spróbujcie. Gwarantuje Wam, że takiej dawki adrenaliny i endorfin nigdzie nie znajdziecie.

 

Continue Reading

kapelusze

Z kapeluszami to trzeba bardzo ostrożnie. Z olbrzymią łatwością można skończyć wpisaniem się w jeden z groteskowych kapeluszowych looków, które od czasu do czasu widać na ulicach.

Na przykład: student politechniki drugiego roku. Niezadbana broda, często długie włosy związane w kitkę, płaszcz, czarne martensy oraz zakupiony w HM-ie Trilby (nazywany przez dumnego właściciela Fedorą).

Lub też: student prawa, 1-3 rok. Zarost – ogolony na gładko, płaszcz, aktówka, „cześć, studiuję prawo”, głowa zwieńczona Fedorą (tym razem faktycznie fedorą i to trochę droższą niż kapelusz poprzednika, bo z Zary).

Albo: sąsiad z klatki nr 3 w klasycznym żółwiku (wykonanym ze skrawków skóry ze sklepu w pawilonie handlowym RENATA). Choć ten look ma swój słowiański urok, więc nie psioczę.

Ale to akurat oczywiste oczywistości. Można nie wpaść na te miny przy choćby odrobinie wyczucia. Bardziej subtelnych niuansów noszenia kapelusza jest przecież cała masa. Choćby to, że kapelusz bardzo wielu mężczyznom po prostu nie pasuje. Do twarzy, fryzury, stylu ubioru, motoryki ruchu. Nawet jak szykujemy stylówkę-pewniaka, czyli garnitur, kamizelka, klasyczne dodatki, to łatwo skończyć jak Pimp lub śmieszna podróba Ala Capone.

Sam od dawna miałem ochotę na kapelusz, ale zawsze, gdy mierzyłem jakiś, wyglądałem jak pajac. Zatem kiedy w końcu znalazłem taki, po którego przymiarce nie zarżałem do lustra, postanowiłem go od razu kupić.

Podsumowując, jeśli chcecie sobie sprawić kapelusz to krzyż na drogę.

Tym optymistycznym akcentem kończę ten strasznie niemerytoryczny wpis o kapeluszach.

No dobra, może jednak garść konkretów, żeby nie było…

Przy doborze kapelusza trzeba być świadomym kilku podstawowych zasad. Wszystkie w gruncie rzeczy opierają się na zależności między geometrią twarzy i kapelusza.

Jeśli mamy twarz długą i pociągłą, stronimy od wysokiej i stożkowatej główki kapelusza, bo taka wydłuży jeszcze naszą twarz. Przy twarzy okrągłej nie są wskazane kapelusze z szeroką i niską główką. To wszystko działa na podobnej zasadzie co dobór fryzury. Dążymy do zarysu owalnego.

Podobnie z całością sylwetki. Jeśli jesteś niski, to rondo raczej mniejsze, jesteś wyższy – rondo większe. Główną jednak, moim zdaniem, sprawą przy doborze kapelusza jest zasada: Zakładasz kapelusz i czujesz się jak podgrzybek? Nie jest to model dla Ciebie.

Ja tym razem wkomponowałem kapelusz w absolutnie niestandardowy, jak na tego typu nakrycie głowy, strój. A jego składowe to:

………………………

Pasek od Pat Guzik (projektantki rodem z Krakowa, która ostatnio bardzo fajnie się rozkręciła i mam nadzieje, że pójdzie w trochę bardziej w męskie rzeczy, bo póki co robi głównie dziewczyńskie), uwielbiam ten pasek.

Buty – Adidas Shadow Knit, które urzekły mnie materiałem. Slavic Batman by chodził.

Okulary – Ray Ban Erica Classic, klasyczne z ciemnozielonymi szkłami.

Long sleeve – Millions (ciuch made in Italy, kupiony w moim ulubionym TKmaxie), rękawy po kolana, uwielbiam.

Spodnie – klasyczne wojskowe bojówki z militarnego.

Skarpetki – Amen!

Amen!

 

Continue Reading

Jak nie być pierdołą na rolkach

Tak jak obiecałem, oto kilka słów o tym, jak na rolkach jeździć tak, żeby nie wyglądać jak tytułowa pierdoła.

Na wstępie mówię, że nie jestem instruktorem. Uczyłem jeździć, wiele lat temu, kiedy tylko rolki dopiero co pojawiły się w Polsce. Podejście wówczas mieliśmy inne i nikt nie zastanawiał się jak jeździć, zakręcać, czy hamować, a bardziej jak zeskoczyć z dziesięciu schodów z długo przytrzymanym grabem, czy też zjechać tyłem z trzydziestu. Teraz, zdaje się, tego typu podejście określanym jest mianem YOLO 😉

Do napisania tych kilku zdań pchnął mnie fakt, iż jak tak sobie jeżdżę (już teraz zupełnie rekreacyjnie) kontemplując sprawy najwyższej wagi, spotykam coraz to więcej początkująco – kaleczących jeźdźców, którym potrzeba dość niewiele, aby zacząć jeździć poziom lepiej.

Jak jesteś początkującym rolkarzem czytaj śmiało, jeśli już jeździsz dobrze – przejdź do ostatniej części tekstu.

Główna sprawa, zupełnie fundamentalna i najważniejsza. Początek do wszystkiego co potem, zaprawdę powiadam Wam :). Spróbujcie podczas jazdy, po odbiciu jechać jak najdłużej na jednej nodze. Na początku znacznie przerysowując. Odbicie i  kilka sekund jazdy na jednej nodze, odbicie i jazda na drugiej nodze. Simple as that

Niby sprawa trywialna, ale wyrobicie sobie wyczucie równowagi i przestaniecie się gibać na boki jak wańka wstańka. Jest to absolutnie kluczowy element w jeździe na rolkach. Jeśli to opanujecie, od razu jesteście level wyżej. Będziecie mogli odpychać się rzadziej, jeździć szybciej i bardziej ergonomicznie, no i zdecydowanie dostojniej. Ćwiczcie to do momentu, aż bez większego problemu będziecie potrafili przejechać na jednej nodze co najmniej powiedzmy 5 sekund.

Warto, w miarę postępów, coraz to próbować nowych posunięć. Jazdy tyłem, przeplatanek, skakania przez małe kanały, wskakiwania na krawężniki, podnoszenia czegoś z ziemi, przyklęknięcia na jedno kolano, jazdy na przednim i tylnym kółku itd. Wszystko to powoduje że bardziej „czujemy” rolki,  jeździmy pewniej, bezpieczniej i z większą gracją.

Im więcej na każdej przejażdżce robicie różnych niestandardowych rzeczy, tym szybciej i intensywniej oswajacie się z rolkami i z całą sytuacją. Jeśli za każdym razem po prostu jedziecie do przodu w ten sam sposób, to po roku nie wiele się zmieni. Nie zapomnijcie też że trzeba się pochylić. Może bez przesadny na początku, ale jednak pochylona sylwetka być musi.

Teraz coś dla tych bardziej zaawansowanych.

Jeśli już w miarę ogarniasz temat, jeździsz przodem, tyłem, czujesz się pewnie, potrafisz wskoczyć na wysoki krawężnik jak gdyby nigdy nic, chciałbyś czegoś więcej, a nie do końca Ci po drodze ze slalomem, czy freestylem….  Poczytaj technice „double push”.

Polecam sobie wyYoutubować, bo to dość zawiła kwestia. Generalnie to technika jazdy stosowana przez speedowców. Polega w skrócie na tym, iż podczas jednego „cyklu” odpychamy się nie raz, a jak sama nazwa wskazuje – dwa razy. Raz klasycznie, a drugi raz z zewnętrznej części rolki.

Bardzo polecam, bo jak już załapiecie, to kupa z tego radochy. Poza tym, opanowując tą technikę możecie jeździć jeszcze szybciej! Jest kilka prostych ćwiczeń, które pomagają się tego nauczyć, ale to już może, na prośbę indywidualną, bo inaczej wpis będzie koszmarnie długi.

Kończąc.

Bardzo nie wiele trzeba żeby na rolkach poczuć się pewniej. Klika prostych zabaw i w miesiąc będziecie śmigać jak ta lala.

Jeśli macie jakieś pytanie, to piszcie śmiało w komentarzach. Jeśli będę potrafił, na pewno odpowiem.

 

Continue Reading

gra o tron

W sumie nie oglądam Gry o Tron, ale chyba mógłbym wystąpić w jakimś odcinku. Szybkie wejście boczną fabułą, trochę perwersyjnego sexu i na koniec jakaś koszmarna śmierć. Epizodzik taki, czy coś 😉

Fotki spod magicznego palca Mimolka

Continue Reading

Live fast, Die last

Tak, wiem. To kolejny wpis o rolkach. Nic nie poradzę, wkręciłem się. Ale żeby nie było –  nie jestem żadnym fit freakiem. Ba, jestem leserem w tej materii – do tego stopnia, że muszę oszukiwać samego siebie. Jednym słowem, coś musi być przede wszystkim zajawkowe a dopiero potem pożyteczne. Jeśli jest tylko pożyteczne, zapału starczy mi na tydzień.

Rolki to był strzał w 10. Jeżdżę dla frajdy, a cały aspekt fittnesowy jest gdzieś tam w tle, przy okazji. Polecam tę metodę wszystkim leserom, którzy narzekają, że nic nie robią, ale nie chce im się iść na siłownię. Znajdźcie sobie coś, co Was kręci, a cały prozdrowotny szajs będzie się dział, nawet nie wiecie kiedy (taki lajfhak).

Rolki dla mnie w tej materii idealnie się sprawdziły i myślę, że dla wielu też się sprawdzą. Przede wszystkim jest akcja, coś się dzieje, dochodzi troszkę adrenaliny. Ale żeby był ten cały fun, to trzeba mieć takie rolki, które będą dobre do tego, co by się chciało na nich robić. Dobrze jest też kupić takie, które nie odstraszą Was od jazdy po pierwszym wypadzie.

Nie będę się rozwodził nad doborem, bo od tego są spece w sklepach. Ja swoje łyknąłem od chłopaków z bladeville.com i Wam też polecam, bo goście się znają na rzeczy. Nie będę więc wchodził w kompetencje fachurom. Napiszę tylko to, co warto wiedzieć, zanim zjawicie się w sklepie.

Co Cię kręci.

Zastanów się, co Cię kręci. Jak jazda szybka, to rolki będą miały duże twarde kółka. Jak slalom (czyli takie śmieszne zakrętasy między kubkami rozstawionymi na asfalcie, co to się śmiga na jednym kółku i kręci zadkiem), to kółka średnie (około 80mm) i raczej twardy but. Jak lajtowa jazda fitness w parku raz na jakiś czas, to but miękki a kółka średniej wielkości i też raczej miękkie. Jak skoki, triki i takie tam, to rolki jeszcze zupełnie inne, masywne a kółka malutkie i twarde.

Piszę to dla tego, że warto zastanowić się wcześniej, na co się ma ochotę. Zanim sprzedawca zaatakuje nas gradem pytań, lepiej jest mieć ogólny koncept zarysowany. Ostatnia rada w tym temacie jest taka, żeby lepiej jednak odżałować te kilka stówek więcej i kupić coś firmowego, niż wydać 300 tylko po to żeby się skutecznie do tematu zniechęcić.

Ja wybrałem specyficzne rolki, bo na największych możliwych kołach 125mm, ale za to tylko 3. To taki mix, co pozwala jeździć cholernie szybko i w miarę wygodnie (klasyczne rolki do szybkiej jazdy z 4 kołami wyglądają jak narty i mają bardzo niski bucik). Do tego but jest wysoki i twardy, więc mamy dużą kontrolę podczas miejskich harców. Można mijać ludzi, szybko zakręcać lub się nagle się zatrzymać. Polecam wszystkim, ale może jako drugie rolki. Zaczynać od zera bym na nich nie radził, chyba że ktoś naprawdę lubi adrenalinę.

Bezpieczeństwo, bezpieczeństwo.

Teraz kwestia ochraniaczy. Każdy instruktor powie Wam oczywiście, że trzeba mieć kask i wszystkie możliwe ochraniacze. No ale umówmy się, jazda w całym ekwipunku to po pierwsze minus 50 punktów do komfortu, a po drugie minus 100 do wyglądu. Osobiście uprawiam wersje pośrednią, czyli zakładam ochraniacze jedynie na nadgarstki. Takie jak na fotce obok wystarczą, nie muszą sięgać do łokcia.

Wpływ na komfort zupełnie żaden, wizerunku aż tak nie psują, natomiast, co tu dużo gadać, zawsze przy upadku lecimy na początku na ręce (lecimy na przysłowiowy pysk lub dupsko, ale przy odrobinie refleksu zdążamy wyciągnąć ręce). Oczywiście decyzja jest Wasza, więc proszę mnie potem nie ciągać po sądach. Moim zdaniem ochraniacze na nadgarstki to na pewno „must have”. Ja osobiście resztę nonszalancko olewam.

Gadżety rozmaite.

Ze względu na upały przeważnie jeżdżę nocą i tu przydaje się jeszcze jeden, mało oczywisty, gadżet. Okulary, które nie przyciemniają, ale jednak chronią oczy przed wszelkim dziadostwem jak np. owady. Przy popylaniu 40km/h mucha w oku generuje mocny hardcore. Osobiście niedawno kupiłem bryle Okleya i jestem bardzo zadowolony. Mają, oprócz dobrego looku, świetną aerodynamikę, co przekłada się na to, iż kiedy jedziemy szybko, wiatr nie zawija się w odmętach twarzy i nie wieje po oczach.

Takie tam.

Na koniec garść rad chaotycznych, ale związanych z tematem:

* Kupujcie rolki nie za duże. Mają być na styk.
* Im mniej się ma na gadżetów podczas jazdy, plecaków, toreb, nerek, tym lepiej i wygodniej. Ostatnio nabyłem gaciory UMBRO, które mają tylko mikro kieszonkę na klucz. Tyle wystarcza. Bez telefonu i Endomondo też da się jeździć!
* Każdy wypad na rolki to duży skok do przodu techniki i kondycji. Więc nie poddawać się, tylko bujać tak często, jak się da. Zobaczycie – progres jest bardzo odczuwalny.
*  Tylko do Panów: Jak rajtuzki, to błagam pod krótkie spodenki. Estetyki trzeba pilnować. Panie, leginsy dowolnie.

A na koniec już zupełny powiem, że na fotkach widać jak uczę się techniki „double push”, która ostatnio zaczęła mi już nieźle wychodzić. Wygooglujcie sobie 😉

Ciao :*

Continue Reading

Słowiański glam

Bo w tym wszystkim rozchodzi się o kilka prostych spraw. Koncepcja i spójność to podstawa. Co z tego, że buty modne, że palto z żurnala, że dżinsy z dziurami robionymi przez samego wirtuoza nożyc z Paryża. Albo się trzyma kupy albo się nie trzyma. A przeważnie się nie trzyma. Zamożność zamanifestować łatwo – smak, już trudniej.

Osobiście myślę całymi lookami. Oczywiście dla niektórych męski styl to bardzo ścisły szablon konkretnych krojów marynarek, koszul wysokiej klasy, włoskich butów itp. Szanuję, ale to (przeważnie) nie ja. Let’s have some fun. Może to już w moim wieku niepoważne, ale bezspiny 😉

Tym razem wzięło mnie na połączenie stylu bardzo współczesnego streetu, z moją młodością. Pamiętacie instytucje „ruskiego rynku”? Trzeba było wstać o 7 rano w niedziele i śmigać w te pędy na ów „ruski rynek”. Pyk i już można było kupić zajebistą lornetkę (podjumaną zapewne z demobilu armii radzieckiej), tandetne zabawki, zestaw mega topornych narzędzi albo krzesła ogrodowe (tak to te ze zdjęcia, oryginalne i nie do zajechania).

Konkluzja – zupełnie nie wiem, jak związana z powyższą sesją – jest taka: nie ma sensu kupować wszystkiego, co modne i wrzucać na siebie bez cienia refleksji. Jasne, chcąc nie chcąc, zawsze się wbijamy w jakieś trendy, ale rzecz w tym, żeby dobrze wkomponować je w pomysł na siebie. Osobiście staram się przy zakupach patrzeć na rzeczy odstawiając na bok kwestię obecnego nań hajpu.

To tyczy się płci obojga. Wygląda super i będzie grało w moim wykombinowanym kombo? Biorę. Jest przy okazji „modne”? Ok. Nie, w zasadzie lepiej. Niby banał, ale jednak jak się rozglądam wokoło, to jakby 99% ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Podejście odwrotne jest, krótko mówiąc, złe. (Nie wdając się już w detale socjotechniczno-marketingowych numerów, jakimi raczy nas wielka i bezlitosna maszyna przemysłu modowego :D).

Koniec gadania. Ciuchy:

Spodnie kupione w Asosie. Polecam sprawdzać tam promocje, bo te na takowej trafiłem za niewielkie pieniądze. Materiał i ich, że tak powiem, architektoniczne własności są mega czadowe.

Bluza także Asos. Bejbi pink, więc nie szafować 😉

Adidas Superstar 2, bez komentarza.

Zegar Casio.

Fotki zrobiła magiczna  Mimolek

(Aha, muszę tu nadmienić, że wszystkie inne wpisy, tam gdzie nie piszę kto robił zdjęcia, te są spod palca znakomitego X. X jak DaftPunk nie chce pokazać twarzy, że to niby taki fajny marketingowy trik, czy jakoś tak. Ja tam nie wiem. X daje radę enyłej)

3manko !!!

 

 

 

 

Continue Reading

Czytamy?

To, że mało ludzi jeszcze czyta, już wszyscy wiemy. Generalnie mało ludzi czytało wcześniej, ale teraz Ci, co czytali chociaż trochę, czytać przestają. Jestem tego smutnym przykładem.

Tak mi się zdaje, że wśród tych, co czytali i co nie czytali, ostatnio pojawiła się nowa grupa. Ci, co nie czytają, ale mają z tego powodu wyrzuty sumienia. Czyli na przykład ja.

Chciałbym, ale zawsze znajdzie się coś innego do roboty. Co więcej, nawet jak mam czas, kładę się na leżaczku, puszczam muzyczkę w tle, obok stawiam coś dopicia. Nic tylko czytać. Ale nie….

Co dwie strony (chociaż pasjonujące) sięgam po telefon, żeby sprawdzić coś zupełnie bez sensu, albo żeby pstryknąć kilka razy (bez celu ma się rozumieć), kilka razy słajpnąć w lewo, prawo. O czym ja czytałem? A… no to lecę stronę od początku, bo już mi wyleciało z pamięci.

I tak walczę z jedną książką od kilku miesięcy, zmagając się z wyrzutami sumienia i wstydem. Żenada. Ale mam postanowienie. Wykażę odrobinę silnej woli, wydobytej ostatkiem sił, telefon zostawię gdzieś poza zasięgiem wzroku, i na te cholerne dwie godziny oddam się lekturze.

Do czego i Was zachęcam, bo z tego co pamiętam, to czytanie jednak jest ok :).

A… Z tego wszystkiego zapomniałem, unosząc się w górnolotnych wynurzeniach (wiejących trochę truizmem, no ale może jednak warto), że zapomniałem o bardziej przyziemnych rzeczach.

Tym razem stylówka na „chłopca z klocków lego”, no ale co poradzę – nie lubię nudy. Marynarkę znalazłem, już nie pamiętam gdzie, jasny jeans, wionie latami 80′ i pewexem.

O fajne krótkie spodenki niełatwo, wszędzie albo zupełna nijakość albo przekombinowanie, raczej tandetne. Te akurat mnie bawią ze względu na super kolor i nietuzinkowy rozporek, idący po ukosie. Nie za dużo, nie za mało.

Do tego kilka dodatków. Zegareczek Swatch, który bardzo lubię. Oksy, firmy Komono, zakupione w TKmaxie (Cena oryginalna 250, TKowska 75, yeah :)) No i obudowa, co to pasuje do wszystkiego koncepcją graficzną. Jako że mam milion obudów na telefon, to czasem dobieram je sobie pod strój. (Zbok jestem, wiem)

Buty z Górtza. Mają chyba 12 lat i dalej wyglądają jak ledwo chodzone. Strasznie ubolewam nad tym, że (już wiele lat temu) zamknęli sklep Górtza w Galerii Krakowskiej (swoją drogą – dlaczego to się do kuźwy biedy nazywa galeria???). Mam od nich kilka par butów i są nie do zajechania….

 

Reasumując

Czytajcie i nie wyglądajcie nudno. Dzięki temu będzie bardziej interesująco i bardziej interesująco 😉

Continue Reading

3 koła

W pewnym wieku, mimo wszystko, trzeba zacząć trochę o siebie dbać w zakresie kultury fizycznej, żeby nie wyglądać w wieku lat 40 jak parówka (lub jeszcze gorzej serdelek). Jako że idea chodzenia na siłownie nie jest mi bliska, raz z racji na to, że to chyba trochę nudna (ale nie wiem, bo nigdy nie byłem), a dwa, że jakoś wydaje się być mało ekscytujące (ja tam lubię jak jest adrenalina). Jogging też do mnie specjalnie nie przemawia (z takich samych powodów). Owszem, uprawiam inne sporty, ale bardzo sezonowe (jak na przykład narty), a teraz trzeba mi było czegoś bardziej codziennego.

Dawno temu, w liceum jeździłem na rolkach więc pomyślałem, że czemu nie… Zgadałem się w związku z tym, z moim znajomym, który to siedzi mocno w branży rolkowej. Pamiętam że powiedział mi: „Słuchaj, jak się wozić, to na najlepszym sprzęcie”. Tak oto stałem się posiadaczem rolek Powerslide Imperial Megacrouser.

Po co w ogóle piszę o modelu rolek zapytacie? A no po to, że powyższe to nowa jakość w rolkowaniu.  Powerslide zaczął propagować nową fale rolek 3 kołowych, która właśnie zaczyna być coraz bardziej popularna. 3 kółka o średnicy 125mm to zupełnie inna jazda niż klasyczne rolki. Są zwrotne, a jednocześnie piekielnie szybkie (mój rekord to 39,3 km/h, ale cały czas walczę o przekroczenie 40 -_-! ), a na dodatek można na nich skakać i jeździć śmiało po mieście.

Jednym słowem kupa zabawy, tłuszcz się pali, mięśnie pracują, a i wygląda się na nich całkiem dobrze. A jeśli o to wyglądanie idzie, to trzeba pamiętać o pewnym kompromisie między lookiem, a wygodą. Dlatego jak dżiny, to tylko takie co się rozciągają itd. Jeśli jesteś facetem, to nie odzieraj się z godności krótkimi getrami. Wiem, wiem, profesjonaliści w takich jeżdżą, ale bez przesady.

Jeszcze raz dzięki dla Mirka (piona stary!) i sklepu bladeville za rewelacyjne rolki, bo teraz codziennie zastanawiam się czy dziś znajdę czas żeby trochę pośmigać. Także jakby co, do zobaczenia na mieście 😉

Continue Reading