Zacznij latać

Zimno już trochę, ale może właśnie dlatego to dobry temat na teraz. Akurat przez zimę się przetrawi.

Jak być może zauważyliście na moim instagramie, wpadłem w tym sezonie w nową zajawkę. Chodzi oczywiście o pływanie na desce za latawcem, czyli kitesurfing.

Przez kilka lat miałem tak jak zapewne wielu / wiele z Was. Widziałem nad morzem śmigających kiterów i myślałem: „demn, ależ to musi być zajebiste uczucie!”. Ale zawsze było wiele „ale”.

Ale pewnie trudne, ale pewnie kurs drogi, ale trzeba by sprzęt za kupę hajsu kupić, ale trzeba by nad morze jeździć, a przecież mam daleko, ale może kiedyś spróbuje….

W tym roku, wszystkie „Ale” przelały czarę Alów i postanowiłem ruszyć mentalne dupsko i wybadać temat.  W zasadzie nie było trzeba wiele się wysilać, a okazało się, że kolejne „ale” szybko odpadają z listy. Bo tak:

Odkryłem, że 140 km od Krakowa, na zalewie Klimkówka, jest szkoła Windsurfingu i Kitesurfingu. „Ale” że daleko, bo nad morze trzeba – odpadło. Wizyta na stronie, krótka gadka przez telefon i kolejne „ale” poszły z listy, bo okazuje się, że cena kursu jest nawet do przejścia (3 razy taniej niż nad morzem), a sprzęt wliczony w koszt szkolenia.

Zostało tylko „ale” – czy aby nie za trudne. Okazuje się, że wcale. Co więcej, to nawet cholernie proste, w stosunku do wrażenia jakie robi „z zewnątrz”. Najlepsze jest to, że nie wymaga w ogóle siły (w przeciwieństwie do windsurfingu, który mimo iż wygląda na mniej spektakularny, jest o niebo trudniejszy), dlatego to doskonały sport dla kobiet, oraz tych mniej atletycznych panów. Latawiec przypięty jest do trapezu (dla niezorientowanych, to taka uprząż na biodrach), a sterujemy nim delikatnymi ruchami barem (ten poziomy kijaszek umocowany do latawca).

Najfajniejsze jest to, że każda godzina kursu to frajda. Nie ma przestojów, które zdarzają się w wypadku np. już wspomnianego windsurfingu, gdzie trzeba się sporo nakatować, żeby zacząć mieć poważną frajdę z pływania. W wypadku kitesurfingu od początku jest fun.

Na początku uczymy się machać małym latawcem treningowym na brzegu. Kupa zabawy. Potem kilka słów o tym, jak co działa i tzw. body dragi. Owe dragi to taki manewr, że wchodzimy do wody już z podpiętym latawcem, ale jeszcze bez deski i „wleczemy się” – jak sama nazwa wskazuje, po wodzie za latawcem. Jeszcze większa kupa zabawy, serio. Zaraz potem, czyli około 6-7 h szkolenia, zaczyna się pływanie na desce. No i już – pływamy na kitesurfingu.

Szkółka o której mówię to Sportsoul. Nie jest to tekst sponsorowany, bynajmniej. Po pierwsze to jedyna chyba szkółka w tej części polski, więc oszczędzę wam tych 15sec z googlami. Po drugie jestem po prostu zadowolonym klientem. Ekipa 1 klasa, podejście do kursanta indywidualne i bardzo fair. Wszyscy wyluzowani, ale z drugiej strony bardzo profesjonalni. No i co najważniejsze – dobrzy instruktorzy. Generalnie polecam w 100%.

Także jak kiedykolwiek myśleliście sobie „Kurde, ale to zajebiście wygląda, kiedyś bym spróbowała/spróbował, „ale””, to nie ma co. Te wszystkie „ale” to ściema, więc jak znowu zacznie być ciepło, ruszcie zadki i spróbujcie. Gwarantuje Wam, że takiej dawki adrenaliny i endorfin nigdzie nie znajdziecie.

 

Continue Reading

kapelusze

Z kapeluszami to trzeba bardzo ostrożnie. Z olbrzymią łatwością można skończyć wpisaniem się w jeden z groteskowych kapeluszowych looków, które od czasu do czasu widać na ulicach.

Na przykład: student politechniki drugiego roku. Niezadbana broda, często długie włosy związane w kitkę, płaszcz, czarne martensy oraz zakupiony w HM-ie Trilby (nazywany przez dumnego właściciela Fedorą).

Lub też: student prawa, 1-3 rok. Zarost – ogolony na gładko, płaszcz, aktówka, „cześć, studiuję prawo”, głowa zwieńczona Fedorą (tym razem faktycznie fedorą i to trochę droższą niż kapelusz poprzednika, bo z Zary).

Albo: sąsiad z klatki nr 3 w klasycznym żółwiku (wykonanym ze skrawków skóry ze sklepu w pawilonie handlowym RENATA). Choć ten look ma swój słowiański urok, więc nie psioczę.

Ale to akurat oczywiste oczywistości. Można nie wpaść na te miny przy choćby odrobinie wyczucia. Bardziej subtelnych niuansów noszenia kapelusza jest przecież cała masa. Choćby to, że kapelusz bardzo wielu mężczyznom po prostu nie pasuje. Do twarzy, fryzury, stylu ubioru, motoryki ruchu. Nawet jak szykujemy stylówkę-pewniaka, czyli garnitur, kamizelka, klasyczne dodatki, to łatwo skończyć jak Pimp lub śmieszna podróba Ala Capone.

Sam od dawna miałem ochotę na kapelusz, ale zawsze, gdy mierzyłem jakiś, wyglądałem jak pajac. Zatem kiedy w końcu znalazłem taki, po którego przymiarce nie zarżałem do lustra, postanowiłem go od razu kupić.

Podsumowując, jeśli chcecie sobie sprawić kapelusz to krzyż na drogę.

Tym optymistycznym akcentem kończę ten strasznie niemerytoryczny wpis o kapeluszach.

No dobra, może jednak garść konkretów, żeby nie było…

Przy doborze kapelusza trzeba być świadomym kilku podstawowych zasad. Wszystkie w gruncie rzeczy opierają się na zależności między geometrią twarzy i kapelusza.

Jeśli mamy twarz długą i pociągłą, stronimy od wysokiej i stożkowatej główki kapelusza, bo taka wydłuży jeszcze naszą twarz. Przy twarzy okrągłej nie są wskazane kapelusze z szeroką i niską główką. To wszystko działa na podobnej zasadzie co dobór fryzury. Dążymy do zarysu owalnego.

Podobnie z całością sylwetki. Jeśli jesteś niski, to rondo raczej mniejsze, jesteś wyższy – rondo większe. Główną jednak, moim zdaniem, sprawą przy doborze kapelusza jest zasada: Zakładasz kapelusz i czujesz się jak podgrzybek? Nie jest to model dla Ciebie.

Ja tym razem wkomponowałem kapelusz w absolutnie niestandardowy, jak na tego typu nakrycie głowy, strój. A jego składowe to:

………………………

Pasek od Pat Guzik (projektantki rodem z Krakowa, która ostatnio bardzo fajnie się rozkręciła i mam nadzieje, że pójdzie w trochę bardziej w męskie rzeczy, bo póki co robi głównie dziewczyńskie), uwielbiam ten pasek.

Buty – Adidas Shadow Knit, które urzekły mnie materiałem. Slavic Batman by chodził.

Okulary – Ray Ban Erica Classic, klasyczne z ciemnozielonymi szkłami.

Long sleeve – Millions (ciuch made in Italy, kupiony w moim ulubionym TKmaxie), rękawy po kolana, uwielbiam.

Spodnie – klasyczne wojskowe bojówki z militarnego.

Skarpetki – Amen!

Amen!

 

Continue Reading