3 koła

W pewnym wieku, mimo wszystko, trzeba zacząć trochę o siebie dbać w zakresie kultury fizycznej, żeby nie wyglądać w wieku lat 40 jak parówka (lub jeszcze gorzej serdelek). Jako że idea chodzenia na siłownie nie jest mi bliska, raz z racji na to, że to chyba trochę nudna (ale nie wiem, bo nigdy nie byłem), a dwa, że jakoś wydaje się być mało ekscytujące (ja tam lubię jak jest adrenalina). Jogging też do mnie specjalnie nie przemawia (z takich samych powodów). Owszem, uprawiam inne sporty, ale bardzo sezonowe (jak na przykład narty), a teraz trzeba mi było czegoś bardziej codziennego.

Dawno temu, w liceum jeździłem na rolkach więc pomyślałem, że czemu nie… Zgadałem się w związku z tym, z moim znajomym, który to siedzi mocno w branży rolkowej. Pamiętam że powiedział mi: „Słuchaj, jak się wozić, to na najlepszym sprzęcie”. Tak oto stałem się posiadaczem rolek Powerslide Imperial Megacrouser.

Po co w ogóle piszę o modelu rolek zapytacie? A no po to, że powyższe to nowa jakość w rolkowaniu.  Powerslide zaczął propagować nową fale rolek 3 kołowych, która właśnie zaczyna być coraz bardziej popularna. 3 kółka o średnicy 125mm to zupełnie inna jazda niż klasyczne rolki. Są zwrotne, a jednocześnie piekielnie szybkie (mój rekord to 39,3 km/h, ale cały czas walczę o przekroczenie 40 -_-! ), a na dodatek można na nich skakać i jeździć śmiało po mieście.

Jednym słowem kupa zabawy, tłuszcz się pali, mięśnie pracują, a i wygląda się na nich całkiem dobrze. A jeśli o to wyglądanie idzie, to trzeba pamiętać o pewnym kompromisie między lookiem, a wygodą. Dlatego jak dżiny, to tylko takie co się rozciągają itd. Jeśli jesteś facetem, to nie odzieraj się z godności krótkimi getrami. Wiem, wiem, profesjonaliści w takich jeżdżą, ale bez przesady.

Jeszcze raz dzięki dla Mirka (piona stary!) i sklepu bladeville za rewelacyjne rolki, bo teraz codziennie zastanawiam się czy dziś znajdę czas żeby trochę pośmigać. Także jakby co, do zobaczenia na mieście 😉

Continue Reading

Black is black

Czarne jest czarne, jak to mawiają. Choć zawsze lubię tę czerń czymś przełamać. Tym razem miętą, choć niektórzy mówią, że to nie mięta tylko seledyn, czy jeszcze coś innego. Dużo różnych tkanin, ale dużo punktów wspólnych, na przykład w wykończeniach i krojach. Tak czy inaczej, diabeł zawsze tkwi w szczegółach.

Continue Reading